...po wczorajszym. Wyczerpaliśmy chyba limit "trudności technicznych" na najbliższe pół roku i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być gorzej, więc musi być lepiej. Na późny obiad organizm dostał niezmiernie sympatyczną tartę z fetą i brokułami i od razu mu się poprawiło, temu organizmu. Na deser kupiłam sobie książkę ze stolika z tanią książką. A potem dobry kołorker zabrał mnie na skwerek w celu picia piwa (droga redakcjo, czy jedzenie wafelka się liczy? nie umiem pić piwa na zimnie...) i opowiadał ciekawe rzeczy o podróżach bliższych i dalszych. Miło.
Lubię być wieśniakiem, naprawdę, a taras, świerszcze i żaby zdecydowanie wygrywają ze skwerkiem. Jednak trochę mi na prowincji brakuje księgarni czynnych do późnego wieczora i miejsc, do których można wpaść na chwilkę na gorącą bagietkę z grilowanym kurczakiem i oliwą albo kawałek puchatej, pachnącej tarty. Duże miasta nie są tak zupełnie pozbawione zalet...
Zaczęło się bardzo śmiesznie, acz morał taki, że książki z rozkładającymi się zwłokami na okładce należy czytać w odosobnieniu, gdyż jeśli się nad taką książką zacznie nagle rechotać, to otoczenie reaguje dość nerwowo. Ale jak nie rechotać, kiedy...
A było to tak: pani wraca po pracy (polegającej głównie na dłubaniu w szczątkach ludzkich, powstałych w różnych nieprzyjemnych okolicznościach) do domu, w którym czeka na nią przyleciany specjalnie skądinąd kochanek. Pani jednakowoż jest cokolwiek znużona dłubaniem, w wyniku czego pada jak kawka. Po czym budzi się rano, cytuję, przyciśnięta ciężarem charta afgańskiego.
Osłupiałam. Skąd nagle chart afgański ex machina? Jakiś podrzucany pies się tam co prawda plątał, ale wydawało mi się, że raczej chow-chow. Choć parę stron wcześniej miał być podobny do Hoocha, więc może nie chow-chow. Ale na pewno nie chart.
No to wykonałam reverse engineering. I zaczęłam rechotać. Bardzo dziękuję pani Annie D. za plastyczną wizję faceta, który podnosi sprzed kominka wielkiego, kudłatego psa, starannie strzepuje i czule otula nim padniętą kobietę.
Potem trzeba było pójść do pracy. I zrobiło się mniej śmiesznie. Nie tylko dlatego, że trzeba było pójść do pracy, co samo w sobie, ale też dlatego, że podchodząc do fabryki usłyszalam przeraźliwe skomlenie. Źródło skomlenia znajdowało się na ścieżce za długim płotem odgradzającym fabryczny parking od ogródków działkowych, było nieduże, pokraczne i leżało na plecach. Nad nim zaś stał wielki, zjeżony owczarek niemiecki, warczał strasznie i chyba nie tylko. A ze dwadzieścia metrów dalej stał facet, w jednej ręce trzymał smycz, w drugiej kaganiec i mówił - mówił! - chodź tu.
Trochę mną szarpnęło, więc spytałam faceta, czy mógłby skuteczniej odwołać psa. Facet mnie zignorował, a owczarek zintensyfikował działania. A pokraczne źródło skamlało przeraźliwie. A potem zawyło. Spytałam faceta, czy się ruszy, czy mam dzwonić po policję. A facet na to, że ten kundel jest bezpański. No ja rozumiem, że bezpański, ale czy to znaczy, że należy pozwolić go zagryźć? A facet na to, że każdy pies ma być na smyczy! i w kagańcu!
Helou. Mówi mi to człowiek stojący ze smyczą i kagańcem w garści dwadzieścia metrów od psa, nad którym wyraźnie nie umie zapanować!
I nie wiem, co by było, bo płot długi i wysoki, a owczarek raczej groźny, ale kurde no - nie wiem, co by było, gdyby ścieżką z przeciwnej strony nie nadeszła babina. A nadeszła. Nieduża babina w burym paletku i równie burym berecie. Podeszła do owczarka. I tupnęła.
Och, jak ona pięknie tupnęła.
I warknęła coś na tego owczarka, i zebrała kundla ze śniegu, i poszła.
A ja poszłam do fabryki. A po powrocie do domu odkryłam, że kot Pyza ma opuchnięte, zaropiałe oko, którego za żadne skarby nie da sobie obejrzeć. Pani wet wymyśliła nam rozrywkę w postaci zakraplania co dwie godziny przez najbliższe dwie doby i co cztery przez resztę tygodnia. Sounds like fun. Pierwszą akcję kot Pyza zniósł bardzo dzielnie.
Zostało mi jeszcze 26 karteluszków z życzeniami i fajrant. Na dzisiaj.
...oraz insulinę i udajemy się zwiedzać największy cuteoverload ever[1].
[1]No, może poza Zuzankowymi gnomami.
...o abstrakcyjnych godzinach, kiedy porządny człowiek właśnie obraca się na drugi bok, a porządnemu kotu nie chce się nawet unieść powieki, to poproszę przynajmniej takie, o, na powitanie.

...nikąka D90 [1].
Ach.
Kiedy go oddawałam, wczepiał się sankami w mój sweter, blinkał obiektywem i miłośnie kląskał lustrem.
A teraz, kiedy rozum poszedł spać, a demony zakończyły z pełnym sukcesem kampanię dowodzącą, że chlebek z musztardą jest pyszny, a w prezentach gwiazdkowych liczy się uczucie, nie wartość monetarna - teraz nigdzie go nie ma[2]. Nikt nie ma dla mnie nikąka!
Jestem zrozpaczona.
[1]To jest skandal. On powinien mieć jakieś dźwięczne a pieszczotliwe imię, które można by mu czule szeptać w gniazdko mini-USB, a nie bezduszny numer.
[2]Znaczy niewykluczone, że jest, ale w miejscach, w których kosztuje dwa razy więcej niż w innych miejscach. Odbiło mi, ale nie aż tak.
...a na drugim talerz z pysznym serkiem, świeżym ananasem i marynowaną śliwką to mogę czytać choćby i o wzorcach projektowych.
...że patrzy nieufnie na podstawiony pod nos talerzyk ze smażoną kanią, podejrzliwie wciąga powietrze i dyplomatycznie oświadcza, że nie, raczej nie będzie tego jeść.
Ciamk.
Mlask.
...a teledyski jeszcze lepsze. Absolutnie rozczulające, no.
na placekpizzę ze śliwkami, to mogę się podzielić. W zasadzie samą pizzą mogę się podzielić również, poznawczo jest to nawet dość ciekawe, ale jeść raczej nie będziemy chyba.
Nauczka: jeśli Intuicja Pietrowna drze się, jakby była głupią, że w tym przepisie jest jakoś za dużo mąki względnie jakoś za mało całej reszty, praktycznie jest uwierzyć jej na słowo. Rozważałam, czy by się nie poświęcić, nie wstać o piątej i nie zrobić leniwca z nienawidze-gotowac.blog.pl, ale a) raczej nie zdążę oraz b) śliwki wyszli.
(Nota od miększej części autora: w smaku nawet niezłe, ostatecznie prawie wszystko ze śliwkami jest niezłe, jednakowoż twarda buła ze ślizgającą się po wierzchu śliwką to nie jest do końca to, o co nam chodziło.)
...na wzrokowców i słuchowców. Ponoć. Wzrokowcy do zrozumienia świata używają wzroku. Słuchowcy do zrozumienia świata używają, jakże to zaskakujące, słuchu.
No więc tak z grubsza to jestem raczej wzrokowcem. Umiem obliczyć w pamięci całkiem skomplikowane działanie matematyczne, pod warunkiem, że sobie je zapiszę. Ze słuchu to muszę się czasem zastanowić, ile to jest sześć razy dziewięć. Rzeczy wyczytane w książkach pamiętam na zasadzie "to było gdzieś w dolnej jednej trzeciej lewej strony, tak bliżej zewnętrznego marginesu". Oferty nadawanej przez trajkoczącą panienkę przez telefon nie przyswajam, notuję na bieżąco i reaguję dopiero na to, co widzę w notesie. W ogóle słabo mi wychodzi rozumienie ludzi przez telefon, jak ich nie widzę - może dlatego się brzydzę telefonu.
No więc, jako się rzekło, tak z grubsza to jestem raczej wzrokowcem. Ale z cieńsza jestem zdecydowanie dotykowcem. Największe wrażenie robią na mnie, najdłużej zapamiętuję, najłatwiej sobie przypominam - bodźce odebrane przez palce. Naturalne, wypolerowane długotrwałym dotykiem drewno jest miłe. Lakierowana drewnopodobna płyta nie jest. Gładka, sucha, ciepła ludzka skóra jest bardzo. Kocham świeży frotowy ręcznik, wyprany bez żadnych zmiękczaczy, albowiem frotowy ręcznik szorstkim ma być i kropka. Nienawidzę zagniatania ciasta, a panierowanie kotletów uskuteczniam przy użyciu widelca, i to z możliwie długim trzonkiem. Lubię rozgrzany słońcem czysty piasek, nawet bardzo gorący. Wstrząsa mnie na samo wspomnienie literackich heroin, co się owijały jedwabnymi szalami cienkimi jak pajęczyna, albowiem wsadzenie łapy w miękką, gęstą pajęczynę było bodaj najbardziej traumatycznym wydarzeniem w moim życiu. Za to jedwab jako taki bardzo chętnie. Niektóre rodzaje papieru są nieprawdopodobnie wręcz przyjemne w dotyku. Czekolada czy choćby ciepła, lepka, lukrowana drożdżówka - tak. Pieczony kurak - w życiu.
Jednakowoż najmilszą chyba rzeczą, w jaką człowiek w dzisiejszych czasach może wetknąć kończynę, jest ciepłe od snu kocie futro.
...jak mnie nie gryzie, niż jak mnie gryzie. I jak mnie nie swędzi, niż jak mnie swędzi. I jak mi nie bzyczy, niż jak mi bzyczy.
Z drugiej strony jakoś tak mam, że wolę oddychać niż nie oddychać. A monitor świeci.
One chyba faktycznie myślą, że ludzie je tak entuzjastycznie oklaskują z czystego zachwytu, i jeszcze bardziej się popisują, a to beczka, a to podwójny rittberger, a to bzyczenie w duecie, a na koniec uklon nóżką (trzecią z lewej).
No to oklaskuję, nie będę gadzinie rujnować krótkiego życia poczuciem klęski i niedowartościowania. Te oklaśnięte układam na zgrabną kupkę na podstawce monitora.
...czy innego tam konia polnego. Kto miał, to wie.
...zaliczamy:



Zwierzęta niegospodarskie odmówiły co prawda pokazania ąfasa, ale z ąboka też prezentują się atrakcyjnie:

Wracaliśmy dzisiaj do domu pod niesamowicie jasną, ogromną, kolorową, megawatową, najbardziej nieprawdopodobną, jaką w życiu widziałam, tęczą:
(foteczki nędzne, bo z komórki, nieudolnie zmontowane tymi ręcamy, w najmniejszym stopniu nie oddają tego fantastycznego widoku. Kiedy zaczęłam piszczeć do TŻ, żeby się natychmiast zatrzymał i dawał telefon, patrzył na mnie trochę dziwnie, ale wyraźnie się uspokoił, kiedy za nami zaczął się ustawiać sznurek takich samych wariatów - pan w lewym dolnym rogu właśnie wyciąga aparat. Szczęściarz, miał przy sobie...).